|
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Dylematy
Przyszedł Nowy Rok i ukazała się szansa na zmianę pracy. Co prawda nic nie jest jeszcze pewne, ale gdyby się udało, to znów pracowałabym w biurze. Miałabym stałe godziny pracy, wolne weekendy i wyższą pensję. Brzmi pięknie? Owszem, tylko że jakoś nie czuję z tego powodu radości. Ciągle jeszcze pamiętam jak działała na mnie księgowość i nie wiem czy to wszystko jest tego warte... Z drugiej strony moja obecna praca w księgarni za najniższą krajową, z fatalnym grafikiem nie pozwalającym na życie towarzyskie, daje mi ogromnie dużo radości i satysfakcji. Tylko, że co z tego skoro poza pracą w zasadzie nie mam prawie czasu wolnego. Wydaje się więc, że muszę tutaj wybrać pomiędzy w miarę stabilnym sposobem zarabiania, który po dłuższym czasie może doprowadzić mnie do depresji, a satysfakcjonującą pracą bez godziwych zarobków, która nie daje czasu na większą aktywność poza nią... I co ja mam zrobić?
środa, 24 sierpnia 2011
Sposoby na atak japonofili
1. Pamiętać o swych druidycznych aspiracjach - modlitwa i/lub medytacja 2. Pouczyć się japońskiego chociaż godzinę 3. Pooglądać zdjęcia/filmiki/etc związane z Japonią 4. Poczytać książkę o Japonii 5. Wyjrzeć za okno i jeśli jest ładna pogoda popatrzeć na błękitne niebo i zielone drzewa. Pooddychać świeżym powietrzem. 6. Poprzytulać się do ręczniczka z Totoro
środa, 17 sierpnia 2011
Paczuszka z Japonii
Stoi na moim biurku rozpakowana, ale większość rzeczy w dalszym ciągu znajduje się w środku, wraz ze wszystkimi opakowaniami. Tylko kartki powyciągałam i ręczniczek z Totorem, który leży teraz koło mnie, bym mogła się do niego przytulić. I nie ważne jest to, że Japończycy rozwalają środowisko naturalne stosując takie ilości opakowań do wszystkiego, ważne jest to, że te torebeczki są z Japonii. Ważne jest, to że trzymam rzeczy, które jeszcze niedawno TAM były... Nie potrafię wytłumaczyć tego uczucia... Nie oczekuję, że ktokolwiek to zrozumie... CHCĘ BYĆ W JAPONII i tęsknię... Tak bardzo intensywnie, co logicznie ujmując jest totalnie nienormalne, ale po prostu takie jest. Nie zmienia też tego fakt, że wiem, że nie chciałabym TAM mieszkać na stałe, ale teraz chciałabym TAM być. Po prostu... tak zwyczajnie być...
wtorek, 21 czerwca 2011
Letnie Przesilenie
Dzisiejszy dzień był niesamowity. Pełen dobrej energii, pasji i błogostanu. Dziękuję za niego, dziękuję, że w końcu zdołałam odprawić świąteczny ryt i znów poczuć, że nie jestem sama. Dziękuję.
piątek, 10 czerwca 2011
Zaginione lądy i Kagaya
Niedawno dostałam w swoje łapki dość intrygującą pozycję o nazwie: Zagubione lądy. Magiczna historia Lemurii, Atlandyty i Avalonu autorstwa pani Lucy Cavendish.
Powodowana ciekawością jak i przekonaniem, iż zapewne będą tu medytacje, w których można udać się do Avalonu wzięłam się za czytanie. Książka, przynajmniej jak do tej pory, nie oferuje jednak medytacji, dzięki którym można się przenieść do zagubionych lądów, a przedstawia ich historię zapisaną dzięki wizjom, opowieściom duchowych przewodników i wspomnieniom z poprzednich żyć. Co ciekawe, choć nie zgadzam się ze sporą częścią zawartej wiedzy w tej książce, to nie potrafię przestać jej czytać, gdyż zawiera tak potężną dawkę pozytywnej energii, że aż szkoda ją zmarnować. Autorka jest tak radośnie i przyjaźnie nastawiona, że aż przyjemnie się to wszystko czyta. Nie mogę też pominąć pośredniego wpływu jaki na mnie wywiera ta lektura. Znów codziennie z pełną świadomością modlę się rano i wieczorem. Udało mi się też pomedytować. I chyba znalazłam odpowiedź na to, co inspiruje Kagayę (link do jego galerii w dziale Piękno) - Lemuria. Tajemnicze Mu, które biorąc pod uwagę powyższą książkę, do tej pory zawsze myliłam z Atlantydą. Biorąc, to wszystko pod uwagę, nie mogę powiedzieć, by lektura Zagubionych lądów była stratą czasu. Nie polecam jej jednak osobom bardzo twardo stąpającym po ziemi, a także tym, którzy mają alergię na punkcie fluffikowego spojrzenia na świat, gdyż czasami autorka zachowuje się zdecydowanie zbyt radośnie.
niedziela, 27 marca 2011
Bojowa Pieśń Tygrysicy
Korzystając obificie z tego, iż pracuję w księgarni postanowiłam zerknąć do jednej z nowości, dość popularnej i sądząc po okładkowym tekście - kontrowersyjnej. Książka jest zapisem autorki o wychowywaniu swoich dwóch córek. Wychowywaniu ekstremalnym jak na warunki zachodnie, gdyż w stylu chińskim. Taki zdawałoby się chiński przepis na geniusza i krytyka zachodniego modelu wychowania w jednym. Zagłębiwszy się jednak bardziej okazuje się, że niezupełnie. Książka opisuje bowiem boje matki ze swoimi pociechami i to w sposób niepozbawiony humoru, choć metody autorki momentami stawiają włosy dębem. Nie sposób też się nie zgodzić w pewnych kwestiach - chociażby takich, iż czasami dla dobra dziecka (gdy jest jeszcze bardzo młodziutkie) trzeba postawić na swoim. Ja do dziś żałuję, że mama uległa moim jękom: "Nóżki mnie bolą" i zrezygnowałyśmy z kursu tanecznego. Miałam wtedy całe 7 lat i zapewne po miesiącu śmigałabym szczęśliwa nie pamiętając o bólu nóżek... Dlatego pod tym względem zgadzam się z "chińską matką" zupełnie, ale wymaganie od dziecka samych szóstek, gdyż każda inna ocena jest nie do zaakceptowania, to już przesada, której efektem może być atak histerii dziecka, w sytuacji gdy takowej oceny nie dostanie. Choć może "chińskie dziecki" mają do tego inne podejście. Czytając zresztą tą książkę, odnoszę wrażenie, że córki autorki mają do całej sprawy zdecydowanie zdrowsze podejście od niej samej. Na całe szczęście. Podsumowując pozycja ciekawa i godna polecenia, choć nie dla wrażliwych rodziców.
wtorek, 22 marca 2011
Kiedy stopnieją śniegi, kiedy nadejdzie wiosna...
Bardzo często mawiałam tak, gdy planowałam coś zacząć i czekałam na bardziej sprzyjające okoliczności. Teraz wiosna przyszła, więc wymówki mi zabrakło. ;) Tak więc wracam do pisaniny po dłuugiej przerwie. Trochę się u mnie pozmieniało, więc oprawa graficzna inna. Dziękuję ślicznie autorce - madziaa26. Co się pozmieniało? Zacznę od pracy, która była tak przeze mnie diabolizowana. Tak więc zmieniła się i to nie dlatego, że udało mi się znaleźć coś lepszego. Niestety. Firma się zamyka i poszłam papa. W efekcie szukałam czegoś na gwałt i znalazłam... Księgarnię. Niby wszysko pięknie, gdyż pracuję otoczona ukochanymi książkami, ale praca do 21, w weekendy i głodowa pensja już tak cudowne nie są. Życie. Jak się w końcu pozbieram w związku tymi fantastycznymi godzinami pracy, do których nie jestem kompletnie przyzwyczajona, to zacznę szukać nowej.
Kolejna sprawa, to związek. Taak. Znowu zatoczyłam kółko, ale zaczynam się powoli do tego przyzwyczajać. Ciekawe tylko na ile jeszcze starczy mi cierpliwości.
Dalej będzie weselej. ;) Spełniło się moje największe marzenie. W grudniu byłam w Japonii. Spędziłam tam z dziesięć dni. Było cudownie! Sądziłam, że gdy już w końcu się tam znajdę, to po powrocie nie będę tak jęczeć za Japonią, ale jest na odwrót. Chcę tam się znowu znaleźć i to jeszcze bardziej niż przedtem. Stała mi się jeszcze bliższa. Przez to szczególnie mocno przeżywam, to co się teraz dzieje w Kraju Kwitnącej Wiśni. Modlę się by jeszcze gorzej nie było... Zamykając listę zmian, muszę napisać, iż zaczęłam porządnie uczyć się japońskiego, gdyż poszłam na kurs. W końcu w moim mieście jest takowy organizowany. ^^ Zapaliłam się do tego bardzo, bardzo i uczę się z przyjemnością, choć praca czasami uniemożliwia mi bycie na bieżąco ze wszystkim, ale ciągle mam chęci i siadam do "krzaczków" z bananem na twarzy, więc jest ok.
środa, 25 sierpnia 2010
Emo
Podczas poprzedniego kryzysu w związku z pracą chciało mi się wrzeszczeć, gdy wchodziłam do biura. Pragnęłam wybiec z niego i krzykiem wyrzucić z siebie wszystkie negatywne emocje. Dziś chce mi się płakać... Nie mam już sił na wrzask, gardło i serce ściskają mi się w skurczach, ale łzy nie płyną. Jeszcze się nie poddałam, ale ile sił mi pozostało? Jak długo wytrzymam, to powolne umieranie? Miałam zostać w tej robocie rok... Przeczekać, gdy było z finansami kiepsko i później znaleźć coś innego. Siedzę tam już ponad dwa lata i jak do tej pory nie udało mi się dostać pracy gdzie indziej. A sytuacja finansowa w domu znów wygląda bardzo źle, tak więc rzucić wszystkiego w cholerę nie mogę... Muszę trwać na swym posterunku choć sprawia mi to wręcz fizyczny ból. Jeszcze niedawno powiedziałabym: "choć wzbudza to we mnie wewnętrzny bunt", teraz na bunt już zabrakło energii...
wtorek, 27 lipca 2010
Brak
Taki przez wielkie "B". Ziejący w mej piersi niczym czarna dziura. Nie potrafię jednak określić przyczyny tego stanu rzeczy... Widzę natomiast jego skutki - marazm, apatię i niechęć twórczą. Zamknęły mnie w swym kokonie i nie pozwalają wyrwać się na zewnątrz.
niedziela, 07 lutego 2010
Drzewko
Wzięłam udział w akcji "Posadź Drzewo". Zapraszam do wejścia na stronkę mojego drzewka:
|
Archiwum
Zakładki:
Dyskopatia
Japonia
Neopogaństwo
Neopogaństwo - blogi
Piękno
Pobliskie dusze
|